Dzień 12
Dzień 12 - 6.08.2018
Dziś rano obudziło nas delikatne kapanie deszczu. Przeraziło nas trochę, że rozpada się na dobre i pokrzyżuje nam plany. Deszcz, choć to zbyt wielkie słowo - raczej deszczyk - padał zaledwie 5 minut. Kiedy wyszliśmy z namiotu niebo wyglądało okropnie. Zasnute ciemnymi ciężkimi chmurami. Spakowalismy cały nasz dobytek i poszliśmy zrobić śniadanie. Wiatr wiał dość mocni więc po chwili rozgonił chmury i pojawiło się błękitne niebo. No i zaczęło się naprzemiennie raz zachmurzenie raz słonko. No nic mieszać się może, byle nie padało.
Wyruszamy szlakiem czerwonym i R 10 w kierunku Władysławowa. Drogi wiodą przez pola i lasy.
Pierwszy mijamy Nowęcin. Jakieś cztery domy na krzyż. Przy drodze pasą się krowy i byczki.
Polna droga prowadzi nas do lasu, drzewa dają trochę cienia i wytchnienia, ponieważ mimo, że jest zaledwie 25 °C to daje się to we znaki.
W lesie ogrom wrzosów.
Do latarni Stilo można podejść od stromego zbocza, ale z obciążonym rowerem, przy tej pogodzie wydaje się to awykonalne, więc zawracamy i udajemy się łatwiejszym chociaż dłuższym podjazdem. W ubieglym roku część tej trasy przeszłam pchając rower. W tym roku mam lżejszy rower który dodatkowo ma wiecej przerzutek co pozwala mi wjechać pod górkę. Nie mówię, że bez trudu ale wjeżdżam.
Kolejna miejscowość to Wicko. Tu zaczyna się droga przez mękę. W ubieglym roku w tym miejscu też łatwo nie było. Mam wrażenie, że tego piachu było mniej. Po chwili mija nas rolnik jadący traktorem i potwierdza, że od ubiegłego roku piachu przybyło i że dalej będzie jeszcze gorzej.
Niestety nie kłamał. Nie da się jechać rowerem, trzeba go pchać. Kto to przerabiał - wie o czym mówię.
Kiedy piaszczysta droga się kończy wjeżdżamy na drogę asfaltową i na niej spotykamy trójkę rowerzystów "sakwiarzy". Ale nie jest to typowa grupa. Jest to trzyosobowa rodzina. Mama jedzie z tyłu, tata z przodu a miedzy nimi dziewczynka - 6-letnia Lenka.
Rower Lenki jest przywiązany sznurkiem do roweru taty, żeby dziecko nie wyjechało na jezdnię.
Generalnie jest bardzo dużo tras rowerowych, leśnych duktów i polnych dróg, niemniej jednak jest kilka miejsc gdzie trzeba jechac obok aut. Dużo się zmienia na lepsze ale jednak ...
Lenka jest bardzo dzielna. Ta rodzina jedzie na Hel!!! A wiecie skąd??? Ze Świnoujścia!!! No opad szczeny.
Dziennie robią 30 km. Są mega! Pozdrawiamy ich serdecznie i mamy nadzieję, ze uda im się osiągnąć cel.
Po ok 2 km odbijamy z asfaltowej drogi i wbijamy się w szlak rowerowy, który prowadzi nas do latarni morskiej Stilo
Polna droga prowadzi nas do lasu, drzewa dają trochę cienia i wytchnienia, ponieważ mimo, że jest zaledwie 25 °C to daje się to we znaki.
W lesie ogrom wrzosów.
Do latarni Stilo można podejść od stromego zbocza, ale z obciążonym rowerem, przy tej pogodzie wydaje się to awykonalne, więc zawracamy i udajemy się łatwiejszym chociaż dłuższym podjazdem. W ubieglym roku część tej trasy przeszłam pchając rower. W tym roku mam lżejszy rower który dodatkowo ma wiecej przerzutek co pozwala mi wjechać pod górkę. Nie mówię, że bez trudu ale wjeżdżam.
Latarnia Stilo jest chyba najpiękniejszą ze wszystkich znajdujących się w Polsce.
Co prawda rok temu wchodziliśmy na górę ale teraz również nie odmówimy sobie tej przyjemnisci. Dla tych widoków warto pokonać 134 stopnie.
W ubieglym roku z latarni Stilo do Białogóry udaliśmy się szlakiem R10 ale gdy teraz próbowaliśmy się w nią wbić znowu szykowalała się nam droga przez... piasek. Ujechaliaśmy moze z 500 m i Piotrek zapytał facetów z kempingu czy dobrze jedziemy na Białogórę. Kazali nam zawrócić na równoległą "czarną" drogę o której czytałam na jakimś blogu. Ta trasa to strzał w dziesiątkę. Co prawda wiecej ludzi wie o tej trasie ale lepiej mijać innych rowerzystów niż pchać rower po piachu.
Gdzieś w lesie zatrzymujemy się na odpoczynek. Siadamy na czym się da. Trzeba uzupełnić płyny i chwilę odetchnąć.
W drodze między Białogórą a Dębkami bardzo dobrze oznaczony szlak rowerowy. Chyba jeden z lepiej oznakowanych odcinkow na calej trasie.
Kiedy zaledwie jakies 15-20 km dzieli nas od celu dzisiejszej trasy, po drodze z drzewa uśmiechają się do nas dojrzałe śliwki mirabelki. Na chwilę przystajemy. Zjadam kilka sztuk na smaka.
Jesteśmy już na finiszu dzisiejszej podróży. Widząc wskazania ebdomondo tracę siły. Jest jeden plus, że przy dzisiejszym dystansie nie było takiego skwaru.
Piotrek jeszcze ma siłe na uśmiech.
Moje mięśnie zaczynają sztywnieć, nawet te mimiczne. Jestem zmęczona. Marzę o kąpieli i łózku.
Gdy dojeżdżamy do Władysławowa kierujemy się do pani u której rok temu nocowaliśmy za przystępną cenę (35 zl od osoby). Tylko w tyle głowy mam obawę, czy przy tej ilosci ludzi w kurorcie (a to z uwagi na aurę) kobitka bedzie miała wolny pokój. Wiadomo, coś znajdziemy, tylko to może potrwać a jesteśmy już zmeczeni.
Jak się okazuje mamy sporo szczęścia. Jest wolny pokój w dodatku ten sam i za te same pieniądze. No lepiej nie mogło być.
Dziś pobijamy rekord dystansu. Przejechaliśmy 91 km
























Komentarze
Prześlij komentarz