Dzień 8 i 9

Dzień 8 - 2.08.2018
Dzień 9 - 3.08.2018

Dziś o poranku (tak ok 10.30) wystartowaliśmy i tym razem prześledziwszy mapę wybrałam inną trasę niż w roku ubiegłym. 
Tym razem skierowaliśmy się na miejscowość Wicie - trasą rowerową wiodącą miedzy morzem a jeziorem.
Warto było zmienić trasę. Widoki zapierające dech w piersiach. Z lewej strony Bałtyk z prawej Jezioro Kopań


 

Trasa rowerowa całkiem przyzwoita. Jechaliśmy trelinką, taką nawet znośną, po której nie ma wstrząsu mózgu
Trasa spokojna. Gdzieś za krzaczkiem pasie się sarna, spokojnie, leniwie, uroczo.  Jakoś specjalnie nie przeszkadzają jej rowerzysci.



Nagle trelinka się kończy i wjeżdżamy na nowiusieńką asfaltową ścieżkę rowerową.  Mamy nadzieję, że poprowadzi nas do samego Wicia. Ale niestety po ok 3 km sympatyczny pan od robót drogowych informuje nas,  że musimy przejechać  plażą odcinek ok 150 m,  ponieważ kładą dopiero ten asfalt i nawierzchnia nie jest przejezdna bo asfalt gorący. Do plaży trzeba przejść przez wydmę. Wydawać by się mogło - prosta sprawa, ale kiedy rower ma w sakwach ok 15 kg, to zadanie takie łatwe już nie jest. Piotrek najpierw zajął się swoim rowerem a kiedy miał wrócić po mój z pomocą przyszedl inny rowerzysta. Niestety przejechanie plażą 150- metrowego odcinka nie należy do łatwych. Skwar z nieba, pot z... czoła i te dwa koła z pełnym ekwipunkiem...no żesz by to szlag


Po przejechaniu plażą znowu przedostajemy sie na trasę do Wicia. Robota wre. Zapytałam, czy w przyszłym roku trasa bedzie gotowa? Na co odpowiedziano mi, że gotowa to ona będzie już za 2-tygodnie. Jupi!!!



W miejscowości Wicie zatrzymujemy się na łyk wody przy obelisku wyznaczającym geograficzny środek polskiego wybrzeża.

               

Asfaltową a następnie leśną ścieżką rowerową kierujemy się na Jarosławiec, gdzie zatrzymujemy się na kawę. Jakże ona smakuje 😉



Mijamy Jezierzany i przejeżdżamy przez małą wioskę Łącko, gdzie zaskakuje nas nowoczesna asfaltowa ścieżka rowerowa biegnąca przy wybrukowanej drodze.
W Łącku widzimy domy z murem pruskim i stary urokliwy kościółek.


Następnie wjeżdżamy do miejscowoci Królewo i tam zatrzymujemy się aby zrobić zdjęcia przy króliku.




Mijający mieszkańcy pozdrawiają nas i informują, że miejscowy  królik cieszy się popularnością wśród  turystów.

Dalej jedziemy przez pola, łąki, lasy.  Gdzieniegdzie mijamy leśne stworzenia.


Słońce smaży, duszno strasznie a gdzieś daleko za nami niebo jakby zachmurzone. Może uda się nam dojechać do Rowów i nie zmoknąć.


Po drodze mijamy punkt postojowy dla rowerzystów w Wytownie. Gdzie podobnie jak w ubiegłym roku robimy sobie pamiątkowe zdjęcia.




Między miejscowością Machowinko a Rowami trzymamy się trasy R-10, która pozwala nam uniknąć ruchu drogowego a dodatkowo zapewnia nam atrakcje.
Co widzimy? Krowy na drzewie


Kiedy wjeżdżamy do Rowów (nie do rowu!!!) widzimy niemal granatowe niebo. Hmmm. Noc pod namiotem...a gdzie tam noc, przecież i późne popołudnie i wieczór. Szybka akcja. Obydwoje siegamy po telefony i mimo pięknej pogody, ogromu turystow, niemożliwe staje się możliwe - po ok 15-20 minutach, udaje się nam równocześnie znaleźć - mnie pokój, a Piotrkowi przyczepę campingową. Po szybkiej analizie warunków i kosztów wybieramy przyczepę.
Jeśli kiedyś spedziliście urlop w przyczepie raczej nie trzeba Was zachęcać. Natomiast dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji, wrzucam kilka zdjęć, może kogoś przekonam.

  




Zabezpieczamy rowery. Demontujemy sakwy i idziemy coś zjeść.

Kiedy siadamy i składamy zamówienie jak nie lunie... Deszcz pada przez 20 minut. Powietrze przyjemnie sie ochładza i...po deszczu. Wyszło słonko i znowu smaży. Ale co tam. W koncu mamy lato!

Aby sprawić mężowi przyjemność zamawiam mu dorsza - tuszę. Zaznaczam przy zamówieniu, że chcę takiego większego dorsza - Piotrek bardzo lubi ryby, więc niech sobie zje a nie tylko podrażni podniebienie. Po ok pół godzinie oczekiwania, wywołują nasz numerek. Zamurowało mnie dwa razy, raz jak zobaczyłam porcję dorsza drugi raz jak dostałam rachunek. No cóż, chciałam dużą rybę - mam dużą rybę, a rachunek...no cóż zapłacony, teraz tylko ważne żeby smakowało.
Mina Piotrka bezcenna.


Ryba mu smakowała ale nie dał rady całej zjeść (dorsz miał tak ok kilograma), więc pani z bufetu nam zapanowała resztę na wynos.

Dziś wykręciliśmy sporo, bo ponad 67 km.



Kolejny dzień możemy uznać za udany.

Dzień 9 -3.08.2018

Jako, że zaplanowaliśmy dwudniowy pobyt w Rowach, dziś nigdzie nie jedziemy. Dłużej pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na plażę na błogie lenistwo. Oooo jakże smażyło.
Kiedy schodziliśmy z plaży w oczy rzuciła mi się tabliczka informująca o pobliskim przybytku. Rozbawiło mnie to


Przyziemne, prawdziwe, śmieszne.

Woda w Bałtyku niesamowita. Nie pamietam tak ciepłego morza. Przyjemnie jest wejść do wody, a jak już sie wejdzie, nie chce się wychodzić.


Piotrek uchwycił chwilę kiedy kąpałam się w morzu.


Po udanym plażowaniu idziemy na miasto. Jak widać humory dopisują




No i na koniec dnia - stało się! No samo zło, które chodziło za mną od początku naszej nadmorskiej przygody. A że tradycją jest zjeść gofra nad morzem (no bo wiadomo - gdzie indziej tak nie smakują) - to tradycji stało się zadość.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień 11

Dzień 1

Dzień 13